Prasa o nas - Rozmowa z Eginaldem Schlattnerem, autorem powieści "Czerwone rękawiczki"
To koniec naszej historii
GW Kraków nr 94, wydanie krk z dnia 23/04/2005 - 24/04/2005 KULTURA, str. 7 
Eginald Schlattner, ur. 1933 w Fogarasz, w Siedmiogrodzie. Pochodzi z zamożnego saskiego mieszczaństwa. W 1957 roku został aresztowany przez Securitate, w więzieniu spędził dwa lata. Zeznaniami obciążył pięć osób, ratując kilkaset innych przed prześladowaniami, był świadkiem w pokazowym procesie. W 1978 roku zrezygnował z pracy (jest inżynierem hydrologiem) i zaczął studiować teologię. Dziś jest ewangelickim kapelanem więziennym i pastorem we wsi Rosia w okolicach Sybina. Zadebiutował w wieku sześćdziesięciu lat powieścią "Kogut bez głowy", a "Czerwone rękawiczki" to jego druga książka, która po polsku ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne. Pisarz gościł w środę i w czwartek w Krakowie. Jak podkreśla, cieszy go wizyta w mieście, na którego uniwersytecie wykładał Johannes Honter, duchowny, który w latach czterdziestych XVI wieku przekonał siedmiogrodzkich Sasów do protestantyzmu.

Marta Dvorak: "Czerwone rękawiczki" to nie tylko tytuł Pańskiej powieści, tak nazywa się również rumuńska zabawa dla dzieci.
Eginald Schlattner: I to jej zawdzięczam jedyne kolorowe wspomnienie z więzienia. Grałem w to ciągle, przez dziesięć miesięcy, z myśliwym, współtowarzyszem niedoli. W zabawie chodzi o to, żeby wystawić ręce i schować je, zanim przeciwnik zdąży uderzyć. Ten, kto często przegrywał, tak jak ja, miał czerwone dłonie. Stąd zresztą nazwa tej zabawy. Ale czerwone rękawiczki to również metafora czasów komunizmu, być może to przywołanie czerwonych rękawiczek majora Blaua na blacie z białego marmuru. To tytuł, który każdy z czytelników powinien zinterpretować sam. Pojawił się w odpowiedniej chwili, kiedy pierwszy tytuł wydał mi się mało wyrazisty i zbyt często wykorzystywany w innych książkach. Bo powieść miała nazywać się "Białe plamy", i przez to nawiązywać do dwóch lat, które pobyt w więzieniu Securitate wymazał z mojego życia. Plamy kojarzą się negatywnie, także z czymś ciemnym, mrocznym, czasem, gdy podejmowanie decyzji, takich jak ta o współpracy ze służbą bezpieczeństwa, było bardzo trudne.
Trudny był też powrót do życia na wolności i to z piętnem konfidenta .
- Myślałem, że nigdy mi się nie uda. Moi rodacy uważali mnie za zdrajcę narodu, dla Rumunów byłem wrogiem politycznym i klasowym. Rodzina także przyjęła mnie z dużą rezerwą. Miałem za sobą pięć lat studiów, ale o uzyskaniu dyplomu mogłem wtedy zapomnieć. Chciałem pracować, trafiłem więc do cegielni w Fogaraszu. Pracowałam na dwunastogodzinnej zmianie, zaczynając o siódmej wieczorem.
Ludzie traktowali mnie z dystansem, byli nieufni. Ja z kolei nie chciałem wiedzieć o nich niczego, co mógłbym zdradzić służbie bezpieczeństwa. Tak się bałem ponownych przesłuchań, że nawet kiedy matka się pytała: "Idziesz do miasta? Kiedy wrócisz?", zaczynałem się trząść i nie potrafiłem jej odpowiedzieć. Tak bardzo bałem się, że Securitate znowu się mną zainteresuje, iż ciągle powtarzałem: socjalizm jest wspaniały.
Czy w więzieniu i potem, na wolności, traktowano Pana gorzej, bo był Pan Niemcem?
- Ależ skąd! Wtedy siedzieli wszyscy - to była reakcja rumuńskiego rządu na powstanie w Budapeszcie w 1956 roku. Siedział nawet rabin z Kronstadtu [Braszów - MDV]. W więzieniu ciągle mogłem żądać, by przesłuchiwano mnie po niemiecku - chodziłem do niemieckiej szkoły, to był mój język ojczysty. Rumuni zawsze byli bardo tolerancyjni wobec licznych tu mniejszości. Moje pochodzenie raz tylko miało znaczenie dla mnie i mojej rodziny pod koniec wojny. W czerwcu 1943 roku wszystkich mężczyzn wcielono do SS, wysłano do Jugosławii i w okolice Leningradu. Mało było takich, co poszli tam z entuzjazmem, wiadomo było, że wojna jest przegrana. Potem Rumuni zmienili front, odstępując od Hitlera, wtedy byliśmy zmuszeni walczyć przeciwko nim. W 1944 roku Stalin stwierdził, że skoro Niemcy zniszczyli Ukrainę, to trzeba ich tam deportować, żeby Ukrainę odbudowywali, rozpoczęły się więc wywózki, a rząd ogłosił mieszkających w Rumunii Niemców kolaborantami i zabrał im wszystko, co mieli. W saskich wsiach i miastach zostali tylko starcy i dzieci. Zdziesiątkowane przez historię rodziny nie mogły otrząsnąć się z tej traumy przez lata.
To sprawiło, że dziś większość Sasów z Siedmiogrodu i Szwabów z Banatu żyje w Niemczech? Siedemdziesiąt tysięcy ludzi zdecydowało się wyjechać jeszcze w latach osiemdziesiątych, i za każdego z nich rząd RFN musiał zapłacić. Po 1989 roku wyjechali niemal wszyscy...
- To prawda, za Ceaucescu byliśmy rezerwą finansową kraju. I to zyskującą na wartości - jeden Niemiec wart był najpierw osiem tysięcy marek, potem już sześćdziesiąt tysięcy. Ostatnie dziesięć lat komunistycznych rządów to czasy bardzo ciężkie - nie było, co jeść, w co się ubrać, czym ogrzać domów. Choć i tak nam, Niemcom, powodziło się nieźle - mieliśmy samochody, dobrze wyposażone domy. W latach dziewięćdziesiątych, po upadku muru berlińskiego, opustoszały jednak saskie miasta i wioski Siedmiogrodu. I nie wydaje mi się, by była to emigracja z przyczyn ekonomicznych. Kiedy jednak okazało się, że można wyjechać, ludzie wyjeżdżali - przeważnie z dwoma walizkami - by rozpocząć nowe życie. Pożegnali się ze swoją historią i sprzedali Rumunom wszystko, co mieli. Czego nie zagospodarowali Rumuni, przejęła cygańska biedota.
Osiemset lat temu Sasi zbudowali Siedmiogród. Dziś to, co po nich zostało: ewangelicki cmentarz na Kościelnym Wzgórzu w Sighiszoarze, Czarny Kościół w Braszowie, czerwone dachy Sybina - to atrakcje turystyczne Rumunii. Tak już będzie zawsze?
- Tak. Choć gdyby nie masowa emigracja, jeszcze przez kolejnych tysiąc lat żylibyśmy wspólnie z Rumunami, Cyganami, Ormianami, Żydami. Nikt nas z Transylwanii nie wyrzucał, sami odeszliśmy. W latach dziewięćdziesiątych było nas w Siedmiogrodzie dużo - starych, młodych. Dziś żyje w nim tylko około czternastu tysięcy ludzi starszych, mających przeciętnie po sześćdziesiąt lat. Z mojej siedemsetosobowej parafii zostało pięciu wiernych, łącznie ze mną, kościół ma osiemset lat, przez czterysta był katolicki, przez kolejne czterysta ewangelicki. Ale ludzie się w nim już nie gromadzą. Tylko ja, od dziesięciu lat, codziennie tam chodzę odprawić nabożeństwo, pocieszyć siebie i Boga.
Przecież w każdej chwili mógłby Pan dołączyć do bliskich - wszyscy z wyjątkiem Pańskiej żony - są w Niemczech.
- Powiem trochę poetycko: moje serce bije dla tego kraju, dla Siedmiogrodu, dla Rumunii, i tu jest moje miejsce. Myślę także, że Bóg chce, żebym pozostał tam, gdzie jestem. Potrzebują mnie moi parafianie, może nawet kochają, a ja zostałem też po to, aby ich pochować. Sam upatrzyłem już sobie miejsce na cmentarzu, na chciałbym być pochowany, tak jak chce tamtejszy obyczaj. Tradycja nakazuje, że trumnę na cmentarz niosą sąsiedzi. Mnie poniosą Rumuni i Cyganie.

Tekst pochodzi z Internetowego Archiwum Gazety Wyborczej. Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozpowszechnianie w jakiejkolwiek formie bez odrębnej zgody Wydawcy zabronione.
C Archiwum GW 1998,2002,2004
|